Page 47 - Puls Intercity 6-7/2013

Basic HTML Version

na
luzie
puls
intercity
|
6/2013
|
47
– na pokładzie samolotu nie da się
pracować z laptopem, bo non stop
trzeba jeść albo zapiąć pasy. Poza
tym z nikim się nie zapoznaję. W sa-
molocie wszyscy są sztywni, oficjal-
ni. Natomiast w pociągu panuje
atmosfera prywatna, wyluzowana,
można łazić po korytarzach albo zaj-
rzeć do Warsu.
Czy pańska nowa książka jest
zapisem jednej podróży i spo-
strzeżeń „na świeżo” czy efektem
długofalowych „studiów” zwią-
zanych z wieloma wyprawami
ekspresem Berlin-Warszawa?
Właśnie to drugie. Jeżdżę tym
ekspresem od dokładnie dwudzie-
stu lat i obserwowałem w trakcie po-
dróży wszystko, co może zdarzyć się
w życiu – od tragicznych wypadków
do zaręczyn.
A czy zdarzyło się Panu po-
dróżować pociągiem po Polsce
na innych trasach?
Mogę się chwalić, że znam pra-
wie każdą zwrotnicę w tym kraju.
Czy do Gdańska, czy do Krakowa,
Katowic, albo nocnym do Szczecina
– wszystkie te trasy przemierzyłem.
Nie da się uniknąć porównania
– jak wypada polska kolej na tle
niemieckiej?
Wcale nie tak źle, jak się wyda-
je. W Polsce nie ma tak szybkich
pociągów jak nasz ICE, ale za to też
nie ma tak koszmarnych opóźnień.
Paradoksalnie te supernowoczesne
pociągi są bardzo podatne na awarie.
Ja mam bardzo osobliwe kryterium,
czy pociąg jest dobry czy nie – liczy
się tylko to, czy w toalecie jest mydło
i papier. Reszta to duperele. A pod
tym względem dużo się poprawiło
w PKP.
Jaka jest Polska i Polacy zza
szyb pociągu?
Dla mnie to gigantyczny plan
filmowy. Pociągi, perony, Warsy –
to doskonałe kino. Może dlatego że
tak dużo podróżuję pociągami, tak
mało czasu poświęcam oglądaniu
telewizji? Jednego dnia obserwuję
faceta, który podrywa blondynkę,
a za rok widzę tę samą parę wWarsie,
jak właśnie się kłócą. Po co mi jesz-
cze opery mydlane, skoro ja to mam
na co dzień w pociągu? W Niem-
czech kupiłem sobie nawet „sie-
ciówkę”, która pozwala na darmową
jazdę po całym kraju we wszystkich
pociągach, a nawet w komunikacji
miejskiej we wszystkich miastach.
To niezła namiastka abonamentu te-
lewizyjnego, prawda?
„Pociąg do Polski” święci
triumfy w pana rodzinnym
kraju, zapewne wiele osób z za-
ciekawieniem sięgnie po nią rów-
nież „nad Wisłą”. To książka
jednocześnie o Polakach dla
Niemców i o Niemcach dla
Polaków?
Najpierw ukazała się wersja dla
Niemców, zawierająca wiele infor-
macji o Polsce, na przykład o syste-
mie zdrowia albo o Mickiewiczu. Dla
polskich czytelników dość mocno
przeredagowałem książkę. Polskie
wydanie zawiera na przykład spe-
cjalne informacje o niemieckim sys-
temie podatkowym. Trzonem książki
są jednak tak zwane szoki kulturo-
we, które czyhają na cudzoziemców
w waszym kraju. Nie mówicie do sie-
bie po nazwisku, tylko po imieniu.
Mało tego – jeszcze je zdrabniacie.
Zamiast „Steffena” jestem nagle „Ste-
fek”, „Stefcio” albo nawet „Stefuś”.
Jaka najdziwniejsza sytuacja
spotkała Pana podczas podróży?
Oj, na to pytanie niech odpowie
książka po lekturze. Zawarłem w niej
pewien przekrój moich przeżyć,
włącznie z tajemniczą blondynką…
Jakie uczucia towarzyszą Panu
po opuszczeniu pociągu?
Zazwyczaj niedosyt. W trakcie
tych wszystkich lat nauczyłem się
pracować w pociągu, piszę tam książ-
ki albo czytam całe powieści – i pra-
wie zawsze jestem rozczarowany, że
nie ma już czasu, aby dokończyć ro-
botę, bo docieramy do ostatniej sta-
cji. Sześć godzin z Berlina do Warsza-
wy – to zdecydowanie za mało.
A jakie odczucia, chciałby Pan,
żeby miał czytelnik, gdy dotrze
do ostatniej strony książki?
Ma od razu gnać na dworzec i ku-
pić sobie bilet do Berlin-Warszawa-
-Express!